Przeciętny Kanadyjczyk czy Kanadyjka, ekspedientka, szofer, urzędnik, szwaczka - pracują bardzo dużo i - co dziwniejsze - nie zdarzyło mi się prawie słyszeć, aby narzekali na zmęczenie, przeciążenie, zniechęcenie. A przecież biura, sklepy, banki są czynne, codziennie do godziny 17.30, w piątki zaś do 20 lub 21, jest też wiele sklepów otwartych przez cały okrągły tydzień, zajęcia domowe zaś są takie same i tak samo nieuniknione na całym świecie, czyli oczekują także i Kanadyjczyków, zwłaszcza kobiety. Jednakże... Praca jest sprawą pierwszej wagi, nie dom, nie przyjemność czy rozrywka, tylko prąca i tej wszystko zostaje podporządkowane. Toteż ludzie niejednokrotnie robią wrażenie robotów. Przyglądałam się ekspedientkom w wielkich magazynach, kolejarzom, dziewczętom zawijającym cukierki w fabrykach, szoferom autobusów, kolegom podczas dyżurów... Wszyscy, albo większość, mieli jakieś piętno tej właśnie "automatyzacji" nabytej wśród długich, nużących nieraz godzin pracy, co prawda "dolarodajnej", ale powtarzanej codziennie z niesłabnącym natężeniem. W każdym zawodzie i na każdym stanowisku wymagania są duże, konkurencja olbrzymia, każdy musi się z nią liczyć i dawać z siebie maksimum.
     Na czym polega "mechanizacja"? Dajmy na to dziewczyna roznosząca mleko: co rano dzwoni do drzwi w ten sam sposób i ściśle o tej samej porze, z dokładnością do 5 minut, uśmie-cha się do każdego klienta tym samym, nieco sztucznym uśmiechem i po chwili zdąża już - jak zwykle - do sąsiada naprzeciw. Nie bywa nadąsana ani opryskliwa; jeżeli przyszedłszy pierwszego dnia wydała się małomówna i nieśmiała - taką samą wydawać się będzie po pół roku codziennych wizyt.
     Kierowca autobusu jest równocześnie i konduktorem: jedną ręką sprzedaje bilety (często nawet wydaje też resztę), drugą trzyma kierownicę. Przed przystankiem w ruchliwych punktach miasta szykuje sobie zawczasu bilety, składa zebrane "przesiadkowe" itd. Wspaniała efficiency, czyli wydajność pracy! (słowo "efficiency" zajmuje tam miejsce naszego słowa: "współzawodnictwo").
     Wszystko musi iść bez opóźnień, zahaczeń - mechanicznie, automatycznie, nieprzerwanie. Czas to pieniądz - czasu kraść nie wolno pod żadnym pozorem! Mówi się niewiele, tylko tyle, ile jest naprawdę niezbędne. W autobusach i jadłodajniach rzadko kiedy ktoś się głośno roześmieje, bo natychmiast zwraca uwagę otoczenia. A pod tym względem Polacy są bardzo "znaczni".
     W pewnej restauracji nowojorskiej kelner podając deser zapytał mnie uprzejmie::
   - Niedługo jest pani u nas, maam, prawda?
   - Well, istotnie, tylko 3 miesiące. A skąd pan wie, że niedługo?
   - Bo pani tak doskonale umie się śmiać, maam.
     Może był to komplement, a może przytyk, bo - istotnie - śmiałam się z całego serca, po polsku, czyli głośniej niż wszyscy na sali restauracyjnej.
     Drugiej nocy dyżuru, kiedy już i ja odróżniałam z trudnością chłopca od dziewczynki, przywieziono dziecko z ciężką pokrzywką rozsianą po całym ciele i bardzo swędzącą. Sprawa nie przedstawiała nic poważnego, ale rodzice - Niemcy - byli wręcz przerażeni. Spokojnie przygotowywałam -wstrzyknięcie preparatu wapnia. Wtedy za moim ramieniem zjawiła się pielęgniarka.
   - Doctor, to niedozwolone.
   - Co?
   - U nas nie podaje się Calcium dożylnie.
   - Dlaczego?
   - Bo nie.
     Nie odpowiedziałam nic i zrobiłam dziecku zastrzyk. Efekt doskonały, jak rzadko - po 20 minutach połowa wykwitów zniknęła. Rodzice byli z kolei zachwyceni. Pielęgniarka nie odezwała się do mnie więcej.
     O 7.15 rano wyrwał mnie z drzemania telefon.
   - Czekamy w stomatologii.
   - Na kogo?
   - Na panią.
   - Jest 21 dzieci do ekstrakcji zębów. Proszę być tak dobrą i zbadać, czy mogą mieć podaną narkozę.
     Jeszcze i to! Głos pielęgniarki w słuchawce wyprowadził mnie tym razem z równowagi. Czy oni poszaleli? 48 godzin pracy i teraz jeszcze jakieś głupie badania dla stomatologii. Czyż mózg ludzki jest w stanie pracować bez przerwy? Ubierałam się nieskładnie, zła i zmęczona.
     Po kilku minutach telefon zadźwięczał znowu.
   - Czy pani będzie tak dobra przyjść zaraz? - zapytał ten sam głos bez zniecierpliwienia ani nagany, ot - matowo, "z urzędu".
   - All right, idę.
     (Niewiadomo kiedy człowiek przejmuje ten sam bezbarwny timbre głosu i za niepozornym "all right" ukrywa całą swoją wściekłość).
     W kilka godzin potem zawezwał mnie "boss".
   - Irene, u nas nie podaje się Calcium dożylnie - right?
   - Dlaczego?
   - Nie podaje się, to chyba wystarczy.
   - Chciałabym wiedzieć, dlaczego? Efekt był przecież doskonały.
   - Być może, niemniej proszę tego nie robić.
     Daremnie pytałam potem jeszcze kilku osób, dlaczego? Każdy znajdował jakieś inne wyjaśnienie, z których żadne nie było przekonywające. I dotychczas... nie wiem. Drugą po "wydajności" podstawą organizacji pracy jest w Kanadzie - karność.
     W ogóle z lekami była klęska. Każdy lekarz w ambulatorium otrzymywał tzw. czarną książkę, czyli urzędowy spis leków będących do dyspozycji w aptece przyszpitalnej. Żadnych innych poza tymi nie wolno było przepisywać. Fabryczne nazwy jednak (a one to widniały w spisie) nic mi przeważnie nie mówiły, apteka zaś nie przyjmowała, a tym samym nie realizowała nawet najprostszych "europejskich" recept.
   - Sorry, doctor - oświadczył farmaceuta - nie robimy leków. Mamy gotowce. Proszę zajrzeć do spisu.
     Rada nie rada - musiałam w kilka dni przestudiować, co jaka nazwa pod sobą kryje, a i tak zdarzała się czasem konieczność sprawdzenia, czy się nie mylę. Zostawiałam wówczas pacjenta w gabinecie, a sama pędziłam do apteki. Ciężki to był chleb!
     I pomyśleć, że tam - w Polsce tylu kolegów mi zazdrościło! Któż z nich uwierzyłby, jak wysoką cenę przyszło mi płacić za doświadczenie i oglądanie tego kawałka świata, po którym ludzie (wydawałoby się patrząc na globus) chodzą w stosunku do nas... do góry nogami.
     Wieczór we wtorek, we środę - praca przez całą noc, we czwartek "off", w piątek "on call" i tak dalej...
     W tym czasie napisałam do swego szefa w Polsce:
     "Panie profesorze! Proszę posyłać tu asystentów co najmniej szóstkami, wtedy będzie szansa, że przynajmniej część ich wytrzyma do końca..."
 
 
. Irena Krzeska........
 

ARCHIWUM

POLEĆ TEN ARTYKUŁ ZNAJOMYM Z FACEBOOKA
 


 

 


BIULETYN POLONIJNY, Postal Box 13, Montreal, Qc H3X 3T3, Canada; Tel: (514) 336-8383 fax: (514) 336-7636, 
Miesięcznik rozprowadzany bezpłatnie wśród Polonii zamieszkującej obszar Montrealu i Ottawy. Wszelkie prawa zastrzeżone.