WYCIEK MAŁO KONTROLOWANY
Nie jestem pewien, czy wszyscy z moich Szanownych Czytelników wiedzą o terminologii używanej czasem wśród dziennikarzy kanadyjskich na określenie wszystkiego co nie jest związane z Quebekiem lub wychodzi poza jego ramy. Poza-quebecka polityka, poza-quebecka rozrywka, poza-quebeckie gusty i nawyki - wszystko to wkładane jest do jednego worka z napisem R.O.C. tzn. Rest of Canada (reszta Kanady). Jak widać, w wielu częściach świata są takie zakątki, gdzie zawsze to co tutejsze smakuje lepiej, wygląda lepiej i jest milsze sercu. Do nich należą na pewno Quebec, USA i szereg innych miejsc. Na takim tle Polska jest jednym z krajów mniej typowych, w których przesadny krytycyzm tego co polskie (np. bałagan, kumoterstwo, przesądy) sąsiaduje o miedzę z równie przesadnym zaciekłym wychwalaniem swojskości (np. najlepsza żywność, najlepsze szkoły, największy szacunek dla tradycji). Wybrałem tylko kilka tych cech, a wystarczy wsiąść do byle taksówki w Warszawie czy Poznaniu aby przekonać się o prawdziwości powyższego spostrzeżenia. Na średnim dystansie około 7 km. zostaniemy uraczeni przez większość rodzimych taksówkarzy tuzinem sprzecznych ze sobą poglądów na temat tego co się w Polsce dzieje. Raz będą to westchnienia zgrozy, a po pięciu minutach okrzyki zachwytu - a potem raz jeszcze to samo, a wszystko w stylu: "Policja popełnia nadużycia, ale z drugiej strony Gdynia się rozbudowuje". To ironiczne zdanie jest historycznym cytatem z felietonu Antoniego Słonimskiego opisującego chwiejny stan ducha obywateli II Rzeczypospolitej w połowie lat trzydziestych. Minęło 75 lat, a pod tym względem wiele się nie zmieniło. Przesadne biadolenie i wybuchowy patriotyzm są, jak można sądzić, dwiema stronami tej samej monety.
Aby przywrócić zachwiane w ostatnich dwóch miesiącach proporcje i przypomnieć zainteresowanym (oraz samemu sobie), że poza Polską (no i ewentualnie Kanadą) także żyją jakieś istoty ludzkie warto przyjrzeć się bliżej temu co się tu i ówdzie dzieje. Jeśli chodzi o rozmiary tragedii, które regularnie nawiedzają zapatrzoną w postęp techniczny ludzkość, na czoło wybija się katastrofa ekologiczna w Zatoce Meksykańskiej, z której dna przez około dwa miesiące wyciekała (a może i dalej wycieka) ropa naftowa. Po przekroczeniu magicznej liczby 60 tys baryłek na dobę i spodziewanych szkodach na sto miliardów dolarow - po bezskutecznych próbach zamknięcia uszkodzonych podwodnych szybów koncernu British Petroleum, światowa gospodarka jest świadkiem następnych "wycieków". Jednym z nich jest kurczenie się popularności prezydenta USA Baracka Obamy. Drugim z nich jest zmniejszanie się zaufania do niekontrolowanego rozwoju wolnego rynku, który - jak twierdzi wielu - najpierw przestał być wolny, a obecnie prowadzi do dalszych katastrof o trudnych do przewidzenia następstwach. Dla prezydenta Obamy buty Churchilla czy Kennedyego okazały się najwyraźniej za duże. Nie miał on odwagi wystąpić w połowie maja z deklaracją apelującą do wielkich korporacji, zagranicznych naukowców i rządów o wspólną akcję ratowniczą. Pochłonięty najwyraźniej tym aby nie zaszkodzić swojej własnej partii w listopadowych wyborach do Kongresu najpierw obchodził się z niechlujnymi nafciarzami z BP w białych rękawiczkach, a potem, kiedy okazało się, że większość południowego wybrzeża Stanów będzie dotknięta skutkami katastrofalnej awarii zarządził wstrzymanie podmorskich wierceń w ogóle. Zatem, do zniszczenia fauny i flory oraz groźby zastoju w turystyce doszedł jeszcze gwałtowny wzrost bezrobocia w przemyśle naftowym. Tego ostatniego nie mogą Obamie wybaczyć prawicowi politycy amerykańscy powiązani wieloma nićmi z sektorem energetycznym. Twierdzą oni, że czym innym jest żądanie miliardowych odszkodowań od koncernu BP, a czym innym zaszkodzenie całemu przemysłowi amerykańskiemu. Z kolei - w opinii tamtejszej rozczarowanej lewicy - prezydent USA i tak, wbrew nadziejom, nie może lub nie chce wyrwać się z objęć finansistów z Wall Street oraz wpływowych międzynarodowych korporacji. W ostatnich tygodniach prasa podała do wiadomości, że na Morzu Północnym pomiędzy Norwegią a Szkocją budowane są platformy wiertnicze należące do konglomeratu BP, norweskiego Statoil oraz ...IRANU. W kontekście niedawno przegłosowanych w ONZ-cie sankcji gospodarczych nałożonych na Iran uprawnione jest pytanie: czy aby na pewno prawa ręka kapitalizmu wie co robi lewa? Być może tego typu sytuacje dały do myślenia rządowi Francji, który w ostatniej chwili wstrzymał rozmowy z Rosją na temat sprzedaży jej kilku okrętów wojennych typu "Mistral". Warto wiedzieć, że "Mistral", duma francuskiej zbrojeniówki, to nie zwykły krążownik ale pływające centrum dowodzenia. Podobno przyczyną nieudanej wizyty premiera Putina w Paryżu są właśnie kłopoty (ponoć techniczne) z owym prestiżowym kontraktem, który jednak nie został podpisany.
W czasie kiedy światowa współpraca handlowa podlega sporym ciśnieniom,
a sam pomysł globalizacji jest co chwila kwestionowany (czasami przez tych
samych ekspertów, którzy 10 lat temu byli jego entuzjastami) Kanada wydawać
się może oazą spokoju, której nic nie ruszy. Nawet kanadyjski system bankowy
poprzez swoje powiązania z państwem trwa bez większych kłopotów niczym
skała wśród wzburzonych odmętów. Premier Stephen Harper, cokolwiek by nie
zrobił, prawie zawsze może liczyć na 40% wyborców. Tutejsze kręgi profesorskie
określają ten stan mianem "apatii elektoratu", która jest wyczuwalna zwłaszcza
w Kanadzie angielskiej. Fakt ten denerwuje bardzo zarówno opozycyjną Partię
Liberalną, jak też i tutejszych socjalistów ukrywających się pod skrótem
NDP (New Democratic Party). Widząc istniejący stan rzeczy obie partie myślą
zatem o stworzeniu przez rok koalicji lewicowo-liberalnej, gdyż tylko taki
sojusz byłby zdolny zepchnąć Kanadę z konserwatywnych torów. Rzecz tylko,
że nie jest wcale pewne co jest bardziej atrakcyjne dla przeciętnego Kanadyjczyka
- dalsze eksperymenty z reformami, czy raczej święty spokój i stabilność.
Z tych wszystkich powodów nikt się nie zdziwi, jeśli zaraz po wakacjach
ujawnionych zostanie kilka "przecieków ze sfer zbliżonych do rządu". Tutejsze
media przecież nie mogą żyć samymi ploteczkami z Hollywoodu oraz kolejnymi
odcinkami "American Idol". Jest pewne, że demokracje zachodnie w fazie
cyfrowo-laserowej bez mediów nie mogłyby istnieć.
![]() |
Michał Stefański |