URUCHOMIĆ STARY MŁYN

| Na półce z książkami | Muzyczne impresje | Najlepsze witaminy... | Ale Kino... | Archiwum
..
URUCHOMIĆ STARY MŁYN
...
Na razie nic zdrożnego nie widziałem w tym wywiadzie. Uruchamiają stary młyn, bardzo dobrze, świetny ten Podolec, pod wszystkim można się podpisać, wszystkiemu przyklasnąć. "Głos Toronto" lubił przedstawiać kraj w czarnych barwach, wyławiać afery, morderstwa i skandale, w czym mu dzielnie sekundowała prasa krajowa. Tu jednak ten czarny kolor utwierdzał czytelników w ich wyborze, przekonywał, że dobrze zrobili, iż w porę opuścili kraj, wyjeżdżając do spokojnej Kanady. Po opowieści posła Czubaka o wspaniałym ptaszniku z Przylasów niejeden czytelnik "Głosu Toronto" mógł zatęsknić do tego sielskiego obrazu i powiedzieć: "Po cholerę ja się tu tak męczyłem, na tym wychodźstwie, kiedy tam tak fajnie?!".
Z tym większą więc ciekawością przystąpiłem do dalszej lektury.
"Z.D. -Na koniec, panie pośle, ostatnie pytanie, tym razem z naszej wspólnej dolnośląskiej łączki, że tak powiem. W Toronto powstał niedawno nowy dziennik "Dzień dobry". Jego redaktorem naczelnym jest pan Jarosław Abramow-Newerly, którego osobiście pewnie pan zna...
R.C. - Niestety, tylko ze słyszenia. Jako uczeń, byłem przed laty w teatrze na jego sztuce Klik-Klak, bodajże. We Wrocławiu, na Festiwalu Sztuk Współczesnych: Natomiast znam świetnie twórczość jego ojca, Igora Newerlego, na którego książkach się wychowałem. Lektura szkolna. Bardzo lubię jego Leśne morze. Ze wspaniałymi opisami przyrody... .
Z.D. - Ja też. Otóż naczelnego redaktora osobiście pan nie zna, ale jego zastępcę, o ile wiem, tak.
R.C. - Mianowicie?
Z.D. - Chodzi mi o pana Piotra Bielskiego. Jako rodowitemu wrocławianinowi postać ta nie jest panu obca. Chcielibyśmy z pana autorytatywnych ust, panie pośle, usłyszeć coś więcej o tym panu, by przybliżyć go naszym czytelnikom...
R.C. - Wolałbym o tym nie mówić. Jeśli mam być szczery. 
Z.D.- Dlaczego?!
R.C. - Jest to dla mnie osobiście bardzo przykra sprawa. I nię chcę się publicznie na ten temat wypowiadać. 
Z.D. - Tym bardziej chcielibyśmy usłyszeć. Pan Bielski pełni teraz publiczne funkcje... 
R.C. - Ja też, panie redaktorze. I mam prawo do prywatności... 
Z.D. - Ale pan został zlustrowany. I nie ma pan nic do ukrycia. 
R.C. - To prawda. 
Z.D. - A on nie.
R.C. -Nie będziemy lustrować w Kanadzie. To niczemu nie służy. 
Z.D. - Służy. Jak powiedziałem, pan Bielski od niedawna jest postacią publiczną. Głównym ideologiem i publicystą nowego dziennika i myślę, że dobrze by było wiedzieć, kim jest. 
R.C. - No, cóż. Skoro mnie pan tak naciska, to powiem tylko tyle, że w podziemiu łączyła nas kiedyś z Piotrem bliska przyjaźń. Razem wydawaliśmy biuletyn informacyjny naszego regionu NSZZ "Solidarność". Ja wtedy działałem pod pseudonimem Bystry, a on - Żelazny. I na tym wolałbym skończyć. 
Z.D. - No nie. Teraz, panie pośle, już panu nie popuszczę... 
R.C. - Przesłuchuje mnie pan na tę okoliczność?! 
Z.D. - Ostro. 
R.C. -No, cóż. Na przesłuchaniu Piotr żelaznym się nie okazał. Po naszym aresztowaniu załamał się. Tak czasem było w więzieniu. Chłopcy nie wytrzymywali chamskich przesłuchań, chcieli jak najszybciej wrócić do domu. Podpisywali więc lojalkę, którą podsuwał im śledczy. Piotr ją podpisał, o co specjalnie nie mam do niego żalu. Miał żonę i syna, który właśnie mu się urodził. Chciał się z nimi połączyć. Ludzkie. Na tej podstawie go zwolnili. Potem dostał bilet w jedną stronę i szybko wyjechał z rodziną do Stanów. Osiadł tam i dalej działał w naszych strukturach. Organizował pomoc dla Związku w biurze w Nowym Jorku. No i tu wybuchła afera. Nasi ludzie związani z biurem 
zaczęli kolejno wpadać w kraju. Zorientowaliśmy się, że w Stanach jest przeciek, ktoś kabluje, i daliśmy im znać do Nowego Jorku. Oni po dokładnym sprawdzeniu dali nam znać, że mają faceta i że jest nim Bielski. Będą na niego  uważać. Paru kolegów, niestety, zakapował. Po powrocie do kraju mieli spore kłopoty. A i w naszych strukturach narobił bałaganu. Nazwisk nie chciałbym ujawniać. Twierdzili, że tylko on o tym wiedział. To się dość szybko rozniosło zarówno w Nowym Jorku, jak i we Wrocławiu, gdzie Piotr był bardzo popularny. Dla wszystkich był to szok i przykra niespodzianka. Ale ubole takich właśnie jak on werbowali. Od partyjniaków niczego by nie zdobyli. Nikt z nimi nie rozmawiał. Byli bojkotowani i nie mieli do nas wejść. A on był w samym środku. Nasz człowiek. I takie ucho było dla nich bezcenne. Kiedy sprawa stała się jasna w Nowym Jorku, koledzy zaczęli go unikać... 
Z.D. - Stąd pewnie zwinął żagle i przeniósł się do Kanady?! 
R.C. - Możliwe. Wiem tylko, że jego żona jeszcze w Nowym Jorku zdecydowała się wrócić z synem do kraju. A on przez parę lat pracował w piekarni... 
Z.D. - A dziś w gazecie poucza nas i potępia innych. Jako Newyorker. Tak podpisuje swoje felietony. Ciekawe, pod jakim pseudonimem działał w Stanach w naszych służbach. Pewnie Konrad...
R.C. - Wrócił do zawodu, panie redaktorze. W końcu był dziennikarzem. 
Z.D. - Może jednak lepiej, żeby był piekarzem. I piekł chleb, zamiast pisać złośliwe felietony w prasie. W tej sytuacji?! Nie uważa pan?
R.C. - Nie wypowiadam się. To są już wasze kanadyjskie sprawy, do których ja, jako poseł polskiego parlamentu, nie mam prawa się wtrącać. Jedno tylko, tytułem dygresji, mogę dodać. Ta krótka pamięć jest dość znamienna dla wielu osób. Im ktoś ma więcej grzechów na sumieniu, tym głośniej potępia innych. Czasem to aż śmieszne. Jak się długo żyje na tym świecie i zna czyjś życiorys od podszewki...
Z.D. - Jak pan w tym wypadku...
R.C. - Powiedzmy. Kończąc tę niemiłą dla mnie sprawę, dodam, że drogi nasze się rozeszły. Ja po odsiadce wróciłem do działalności związkowej, uważając, że moje miejsce jest w kraju. On wyjechał za granicę. Jego sprawa. Nie potępiam go za to, jak powiedziałem. Podejrzewam tylko, iż czując się w naszym wrocławskim środowisku spalony, siedzi tutaj, chociaż ma żonę i syna w kraju. Tym sobie tłumaczę jego uparty pobyt na emigracji. Ale może się mylę. To mój prywatny domysł.
Z.D. - W każdym razie po tym, co usłyszeliśmy, można współczuć naczelnemu redaktorowi, że ma takiego zastępcę. Ja bym sobie takiego nie życzył. Moralnie jest to bowiem obrzydliwe. W naszym zawodzie.
R.C. - Tego nie komentuję.
Z.D. - Podsumowując, panie pośle, można zamknąć tę naszą rozmowę smutnym wnioskiem, że wy w kraju macie Jana Podolca, który próbuje uruchomić stary młyn, by znów mełł mąkę ku pożytkowi innych, a my w Kanadzie mamy Piotra Bielskiego, który tego chleba piec nie chce i woli nas pouczać w swych felietonach. Może się zamienimy?
R.C. - To zbyt złośliwy wniosek, panie redaktorze, przeciwko któremu, jako poseł, protestuję....
Z.D. - W takim razie wycofuję się i w imieniu "Głosu Toronto" dziękuję, panie pośle, że w ciągu krótkiego pobytu w Kanadzie znalazł pan chwilę czasu dla nas, i życzę dalszych sukcesów w kraju...
R.C. - Postaram się, panie redaktorze, w ramach moich skromnych możliwości".
U dołu strony przeczytałem jeszcze dopisek: "Rozmowę z taśmy magnetofonowej spisał Zdobysław Dąbrowa. Redakcja informuje, że wypowiedź posła Roberta Czubaka jest nieautoryzowana z powodu jego nagłego wyjazdu do Polski".
Odłożyłem gazetę. Zadumałem się nad moim wiernym "uchem". Miałem o czym myśleć.
 

| Na półce z książkami | Muzyczne impresje | Najlepsze witaminy... | Ale Kino... | Archiwum